Marzec, czarny miesiąc Widzewa – felieton Michała Ponamarczuka

Kibic zespołu walczącego o utrzymanie, koncentruje się tylko i wyłącznie na wynikach zespołów w tą walkę zaangażowanych. W momencie zawieszenia licencji stało się to jednak bezsensowne. 

Ale nawet wtedy jak na złość, bo przecież Sandecja otrzymała walkower, ci konkurenci zaprezentowali się tak: Pogoń Siedlce -porażka, GKS Tychy – porażka, Bytovia? Porażka! A przecież Sandecja też była jednym z tych rywali!

Tomasz Lisowski stwierdził w jednym z wywiadów że zanim zaczął ponowną przygodę z Widzewem robił analizę sytuacji klubu, z której mu wychodziło że 1 ligę w Łodzi uda się uratować. Zastanawiało mnie jak Lisowski robił ową analizę? Przecież dwa przegrane mecze wystarczą, żeby wszystkie analizy wzięły w łeb i wszystko poszło się…
Nie przypuszczałem jednak że nastąpi to tak szybko (szybciej już się nie dało!).

Sześć punktów w plecy(!) na starcie giga ciężkiej rundy, z czego trzy zapewnili nam ludzie związani (tylko formalnie) z Widzewem! Walczysz o życie i dostajesz nóż w plecy jak 17 września 39’go roku.
Przecież oni pojechali do Jaworzna już psychicznie obciążeni. A jak widomo ten zespół (wprawdzie odmieniony, ale świeżo co) z presją radzić sobie nie potrafi, i od momentu stracenia bramki wszystko się „sypło”. Zostało wtedy 35 minut walki o przetrwanie, o życie! I co? I nic.*

I może gdyby nie ta Byczyna…

Do meczu z Sandecją piłkarze byli dobrze przygotowani przez trenera Stawowego, nie tylko od strony sportowej (wczoraj przecież zespół prezentował naprawdę przyzwoity futbol) ale i mentalnej.
Dodatkowo z powodu budowy nowego stadionu Widzew miał grać po za Łodzią i nawet bez kibiców, wiec presja z zawodników byłaby całkowicie zdjęta, przez co spokojnie mogliby realizować założenia które wpajał im przez ostatnie tygodnie Wojciech Stawowy.

Sandecja za to przyjeżdżała (a właściwie miała przyjechać) ze swoimi problemami. O ile od strony kadrowej w Widzewie było wszystko „poukładane” w Nowym Sączu na kilka dni przed meczem nastąpiła zmiana trenera w bardzo niemiłej atmosferze. Tą osłabioną Sandecję można było pokonać i z bagażem trzech punktów jechać na pojedynek z GKS-em, który przywiózł worek bramek z meczu z Arką. Jakże inne nastawienie mogło towarzyszyć widzewiakom przed wczorajszym meczem. Jakże inaczej mogło się to wszystko potoczyć…

Mogło…ale tego się już nie dowiemy. Sylwester C. (ponoć biznesmen) postanowił podjąć grę z działaczami PZPNu, grę którą przegrał. On przegrał, my (kibice, piłkarze, trenerzy) ponosimy konsekwencje. Teraz podejmuję kolejną grę… Widzew nie spłacił kolejnej raty układu z wierzycielami. Wciąż więc stąpamy bo bardzo cienkim lodzie!

*Niestety (patrząc z mojej perspektywy, niespełna 30-letniego kibica) tylko Wielki Widzew potrafił pokazywać charakter.

Michał Ponamarczuk


źródło: własne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.