Niebieska Trybuna dla Życia na Niebiesko: „Zachować tożsamość”

To mój pierwszy wpis tego typu, długo zastanawiałem się jak zacząć tą serię, ale nie ma chyba lepszego sposobu jak od samych początków. Mimo, że dziś większość czasu spędzam po za Śląskiem jestem Chorzowianinem z krwi i kości, z dziada, pradziada. Choć pewnie mój dziadek za to stwierdzenie dałby mi mocno w łeb, bo w Chorzowie Batorym, w którym się wychowałem wszyscy mówią, że są z Hajduk, a nie Chorzowa. Więc niech i tak będzie.

Żyjąc w takim miejscu, posiadając do tego jeszcze takie korzenie jak ja, trudno uciec od sympatyzowania Ruchowi. Właściwie jest to niemożliwe. Od najmłodszych lat więc interesowałem się piłką i chodziłem na mecze, mecze oczywiście Ruchu. Gdy jednak zaczął się okres dojrzewania i nie przyjmowałem już wszystkiego jako prawdy objawione, zacząłem zastanawiać się na ile ta moja sympatia z Ruchem to efekt przypadku, stosunkowo małego miasta z ograniczonymi możliwościami rozrywki i wychowania a na ile faktycznej miłości.

Każdy z nas kibiców gloryfikuje swój klub, stawia na piedestale wręcz wynosi do granic świętości. Ja, ponieważ jestem z Chorzowa, w ten sposób traktowałem Ruch, ale czy gdybym urodził się w Szczecinie nie myślałbym podobnie o Pogoni, czy gdyby moi rodzice wyjechali za pracą do Poznania nie pisałbym dzisiaj to samo o Lechu? W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy z sympatią klubową nie jest jak z obywatelstwem, to, że urodziłeś się w danym kraju powoduje, że jesteś mu oddany, ale nie oznacza to, że jest to najlepszy kraj do życia na ziemi.

Długo miałem z takim myśleniem problem, szczególnie po dotkliwych porażkach z lokalnymi rywalami, starałem się tą „miłość” do Ruchu marginalizować, wyjaśniać sobie i wtedy zdarzyło się coś co kompletnie zmieniło mój punkt widzenia.

Ktoś bardzo mądry napisał kiedyś, że podróże kształcą, tak i było ze mną. Kilka lat temu podczas weekendu majowego postanowiłem spełnić jedno z moich nieukrywanych marzeń. Odwiedzić Barcelonę. Pomiędzy rundkami między Sagrada Familia a ogrodami Gaudiego, obowiązkowym punktem wycieczki było odwiedzenie stadionu, sklepu i muzeum FC Barcelony. Szczerze powiedziawszy, nic nadzwyczajnego zwykły moloch z supermarketem nastawiony na komercjalny zysk, to co jednak najbardziej rzuciło mi się w oczy to wszechobecna identyfikacja z FCB lokalnych mieszkańców. Herby Blaugrany były naklejone na samochody, rowery, skutery a flagi wisiały nie tylko w witrynach sklepowych ale i prywatnych domach. Imponujący widok.

W akompaniamencie takich obrazów, podczas jednego z wieczorów poznałem, czterdziestoparoletniego restauratora o imieniu Jordi. Po kilku kieliszkach sangrii rozpoczęliśmy rozmowę, która do dziś mocno kształtuje mój światopogląd.

Jordi uświadomił mnie w tym, że kluby dzielimy na te, którym kibicujemy bo tak zdecydował przypadek i logistyka i takie, które faktycznie są wyjątkowe. Te drugie swoją wyjątkowość zawdzięczają tożsamości, jako przykład podał mi dwa kluby, podejrzewam, że największe w ostatnim 30 leciu.

Pierwszym jak łatwo się domyślić jest Barcelona, dzisiaj klub, który pokazuje, że niemożliwe nie istnieje, łamiący wszelkie rekordy i bariery od wielu lat. Wbrew jednak powszechnej opinii ta era Barcelony nie rozpoczęła się od przyjścia do klubu Guardioli a trochę wcześniej. Chwilę przed magiczną tiki taką, Barca  wygrywała Ligę Mistrzów i La liga, a mieszkańcy Katalonii jasno wskazują, co było przyczyną takiego stanu rzeczy. Powrót do tożsamości, Xavi, Iniesta, Puyol, Valdez a później Pique i Messi, to oni stanowili trzon tej drużyny, wychowankowie. Guardiola tylko poukładał te klocki, które dziś dają trofea. Jak mówił mój rozmówca to ludzie tacy jak my, myślący jak my dlatego tak świetnie komponują się w tej drużynie, znają priorytety. Nie potrzebowaliśmy już gwiazd typu Rivaldo czy Ronaldinho, wystarczyli oni.

Jako drugi przykład podał mi Manchester United, większość uzna, że Sir Alex Ferguson to najwybitniejszy trener w historii futbolu, mało kto jednak pamięta, że pierwszy tytuł mistrzowski z Czerwonymi Diabłami zdobył dopiero po 7 latach pracy przy Old Trafford, dopiero gdy do dorosłego futbolu zaczęli wchodzić piłkarze tzw. rocznika 92, czyli wychowankowie, Manchester zaczął regularnie sięgać po mistrzostwo Anglii, wieńcząc całe dzieło potrójną koroną w 1999 roku.

Ta rozmowa uświadomiła mi, że jakkolwiek byśmy nie spojrzeli na Ruch to jesteśmy własnie taką Barceloną lub Manchesterem. Każde z 14 wywalczonych przez nas mistrzostw zostało zdobyte nogami ludzi stąd, z Chorzowa, Katowic, Gliwic czy Rudy Śląskiej. Jakkolwiek chcielibyśmy stworzyć ranking najwybitniejszych w naszym klubie, to w większości jeśli nie w całości zawierałby on synów naszej, śląskiej ziemi. Dlatego jesteśmy wyjątkowi, nasza wielkość nie brała się ze strumieni pieniędzy czy z wojskowych kamaszy, a z tożsamości.

Tą tożsamość widać było nawet po latach, każdy synek z Hajduk, mijał Ś.P. Gerarda Cieślika i nie traktował go jako jednej z największych gwiazd futbolu a tego miłego Pana, którego spotykało się w kościele. Ś.P. Jerzy Wyrobek był ojcem tej ładnej koleżanki z klasy wyżej, a dla starszych po prostu Jurkiem. Marek Wleciałowski to ten cichy grzeczny Pan robiący zakupy z żoną trzymając ją za rękę a nie trener czternastokrotnego mistrza Polski, Krystian Szuster to facet z którym, przy piwie można porozmawiać o życiu, mimo kariery zagranicznej i mistrzostwa Polski. Różne pokolenia mistrzów, a jednak ludzie tacy jak my, myślący jak my.

Dlatego musimy pamiętać, że dzisiaj mijając tych młodych chłopców z charakterystycznymi niebieskimi torbami, nauczyć ich miłości do naszego klubu, pokazać im wyjątkowość niebieskiej eRki a potem dać im możliwość odwdzięczenia się nam na murawie. Nie ma co się oszukiwać ekonomicznie nigdy nie dogonimy takich klubów jak Legia, Lech czy Wisła. Potencjał gospodarczy Chorzowa jest i będzie dużo mniejszy od Warszawy, Poznania czy Krakowa. Nasza jedyna droga to przywrócić nam tożsamość. Niebieską tożsamość.


Niebieska Trybuna dla Życia na Niebiesko => Niebieska Trybuna na Twitterze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.