„Sztab szkoleniowy to dowódcy, a piłkarze to żołnierze” – Wiceprezes w Gazecie Wyborczej

Foto: Dejvid

Wiceprezes Ruchu Chorzów – Marcin Waszczuk odpowiedział na kilka pytań dla Gazety Wyborczej. Poniżej prezentujemy najciekawsze:

W jakiej Ruch jest sytuacji? Złej? Tragicznej? Beznadziejnej?

Sytuacja jest ciężka, nie lubię słowa „tragiczna”. Wszystko jest do poukładania, choć te klocki, które próbujemy poskładać, nie są jeszcze dopasowane.

Piłkarze będą nadal strajkować?

Trzeba ich spytać. Ja nie podchodzę do piłkarzy nawet na jedno słowo bez zgody trenera. Zarządzam klubem, administracją, logistyką i finansami, które wiemy, jakie są… Sztab szkoleniowy to dowódcy, a piłkarze to żołnierze – że użyję takiej terminologii, sam byłem żołnierzem zawodowym. Ja do drużyny się nie wtrącam.

Da się w ogóle działać bez kibiców?

Jestem katolikiem, ale swoje za skórą mam, św. Piotr na pewno by mnie wysłał do czyśćca. Ale podkreślam: nikomu nie zaglądam do portfela, do łóżka, nie interesuje mnie, w co wierzy. Zawsze szanuję odrębność każdego człowieka.
Wprowadzam narrację naszego śląskiego wieszcza Stanisława Ligonia: „trzeba nieść ludziom radość i rzucać ją pełnymi garściami”.
Ja nie mówię, że na Cichej będzie Ameryka, ale jeśli wypracujemy stabilizację, step by step, wiele powinno się zmienić. Ale bez kibiców jednak tego nie osiągnę. Nikt nic nie zrobi bez kibiców!
Wszyscy muszą zrozumieć, że klub jest jak żyrafa co na trzech nogach przed chorzowskim parkiem stoi. Jeśli którejkolwiek z tych z nóg – miasta, akcjonariatu, kibiców – by zabrakło, to by to walnęło! Tylko jednej nogi zabraknie i ten klub będzie miał bardzo ciężko. Może przetrwa, ale to będzie wegetacja… Dlatego trzeba doprowadzić do dialogu i wzajemnego zrozumienia. Uważam, że jesteśmy krok od tego, żeby przechylić szalę w stronę dobrych, konstruktywnych rozmów. Wierzę, że kibice wrócą. Mnie się wydaje, że oni tym bojkotem chcą pobudzić do działania akcjonariuszy i miasto.

Jest zagrożenie, że Ruch w najbliższym sezonie mógłby nie przystąpić do rozgrywek?

Oczywiście, że jest. Wystarczy, że nie uzyskam pieniędzy na pensje pracowników. Bez pracowników nie mogę realizować zadań związanych z realizacją umowy z miastem. Być może sponsorzy uznają wtedy, że okręt tonie i się wycofają. Wszystko jest możliwe. Wszystkie zainteresowane strony znają naszą sytuację.

Ale pieniędzy nie ma.

Pieniądze są w drodze, są bardzo blisko. O szczegółach na razie nie będę mówił, żeby nikt nam nie przeszkadzał.

Co jest teraz najważniejsze?

Zgoda. Jeśli połączymy siły: pracownicy, zawodnicy, trenerzy, kibice, zarząd i będziemy mówili jednym głosem pozbawionym nienawiści, to zaktywizujemy akcjonariuszy, przekonamy miasto. Zacznie to wtedy mieć dobry wydźwięk. Jako emerytowany żołnierz powiem tak: w krajach, w których jest wojna, polityczny bałagan, zamieszki, to kapitał stamtąd ucieka.
My nie pozyskamy inwestorów, akcjonariuszy, sponsorów, jeżeli tu nie będzie zgody i podstawowej stabilizacji. Do tego chcę zmierzać.
Jesteśmy o krok od tego, żeby zacząć to składać. Nie naprawić wszystko naraz, ale powoli, powolutku składać. Wierzę, że jesteśmy o krok od tego marginesu zaufania. Jak mawiał nasz papież Jan Paweł II: „nigdy nie jest za późno, żeby założyć dobre buty i rozpocząć daleką, trudną drogę od nowa”. Rozpocznijmy ją od nowa!

Ale jeśli doszłoby kiedyś – nie daj Boże – do jakiejś generalnej konfrontacji między akcjonariuszami, miastem a kibicami – zawsze stanę po stronie kibiców. Będę musiał wtedy złożyć dymisję, podziękować. Cóż, sam jestem kibicem.

Więcej przeczytacie w artykule Gazety Wyborczej => Marcin Waszczuk dla GW


gazeta wyborcza / pytania zadawał: Paweł Czado